Inwestor inwestorowi nierówny

Tradycyjne podejście stosowane przez doradców inwestycyjnych na całym świecie zakłada istnienie trzech typów inwestorów, różniących się od siebie tolerancją ryzyka. Jednakże tak, jak inne są nasze oczekiwania, tak różne są i potrzeby, wiedza, doświadczenie czy… poziom akceptowanego ryzyka. Trzy typy wydają się zatem być nieco zbyt małą liczbą. Przecież nawet Hipokrates pisał nie o trzech, a o czterech typach osobowości.

Analizując badania naukowe z dziedziny finansów behawioralnych, dotyczące wpływu cech charakterologicznych, osobowościowych, wiedzy, doświadczenia, ilości czasu, którym inwestor dysponuje, czy indywidualnej sytuacji materialnej na poziom akceptowanego ryzyka wyróżnić można właśnie cztery typy inwestora. Takie podejście zastosowało właśnie Capital Lab tworząc Ryzykometr Inwestycyjny – zautomatyzowane narzędzie do pomiaru akceptowanego poziomu ryzyka inwestora z uwzględnieniem oczekiwań inwestorów.

Dla przykładu – inaczej będzie zachowywała się osoba impulsywna, lecz z dużym doświadczeniem, inaczej zaś umysł analityczny, bez doświadczenia w finansach. Aby dobrać odpowiednią strategię inwestycyjną nie wystarczy tylko zadać pytania o maksymalny poziom akceptowanej straty (chociaż to pytanie jest konieczne do prawidłowego zdiagnozowania jednej ze składowych charakteru i oczekiwań), należy też wziąć pod uwagę kryteria takie jak płeć, wiedza, doświadczenie, sektor zatrudnienia, horyzont inwestycyjny, kwotę w odniesieniu do zarobków, jaką możemy odkładać i inne.

tpy inwestorów (3)

Przyjrzyjmy się zatem poszczególnym typom wyróżnionym w Ryzykometrze Inwestycyjnym:

Przezorny to inwestor z najmniejszym akceptowanym przez siebie poziomem ryzyka inwestujący konserwatywnie. Celem takiego inwestora jest przede wszystkim ochrona zainwestowanego kapitału przed utratą wartości. Nie szuka on wysokich stóp zwrotu, lecz oczekuje, że jego pieniądze, po uwzględnieniu inflacji i kosztów, będą miały wartość nie mniejszą, lecz zbliżoną do wartości pieniędzy, które zainwestował. Ten typ inwestora szuka przede wszystkim bezpiecznych rozwiązań, jak fundusze rynku pieniężnego inwestujące w depozyty bankowe, certyfikaty inwestycyjne z gwarantowaną stopą zwrotu lub zabezpieczone obligacje rządowe – takie podejście zakłada stopniowe budowanie kapitału. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

Analityk najczęściej realizuje strategię zbalansowaną. Nie tylko chce zabezpieczyć swoje środki pieniężne przed inflacją, ale oczekuje też wynagrodzenia za dodatkowe ryzyko, które ponosi. Woli jednak stabilne podejście do inwestowania, nawet kosztem niższego potencjalnego zysku. Decyzje Analityka poparte są często wielogodzinnymi badaniami na temat spółek czy funduszy, w które zamierza zainwestować. Dziesiątki tabelek, arkuszy kalkulacyjnych czy wykresów. To właśnie świat analityka. Z powodu przeprowadzania dogłębnych analiz wyklucza inwestowanie emocjonalne. Analitycy posiadają zwykle dobrze zdywersyfikowane portfolio zbudowane w dużej mierze z akcji, ale zawierające też znaczną porcje instrumentów bezpiecznych, takich jak obligacje.

Detektyw – nie straszne mu ryzyko, oczekuje jednak wysokich zysków, dlatego inwestuje agresywnie. Poszukuje danych z niezależnych badań i nie umkną mu najdrobniejsze nawet odchylenia w prezentowanych danych. Niczym Sherlock Holmes szuka poszlak mogących świadczyć o okazji na pomnożenie majątku. Podejmując decyzje ufa swoim instynktom, przez co utożsamia się emocjonalnie z podejmowanymi decyzjami. W wyniku tego zyski i straty traktuje jako swoje własne.

Trendsetter inwestuje bardzo agresywnie – w instrumenty z najwyższym akceptowanym poziomem ryzyka. Bardziej interesuje go potencjalny zysk niż ryzyko, wybiera najnowsze, najgorętsze spółki, często takie, które dopiero debiutują na giełdzie. Inwestycje alternatywne? Forex? Kryprtowaluty? To dla niego chleb powszedni. Najczęściej jest osobą dość młodą, w związku z czym ma przed sobą jeszcze długi czas pracy. Inwestowanie traktuje trochę jako przygodę, więc nie przejmuje się zbytnio krótkoterminowymi spadkami wartości swoich aktywów.

Warto zatem zapoznać się z możliwościami Ryzykometru Inwestycyjnego, który przy obliczaniu optymalnej strategii inwestycyjnej bierze pod uwagę powyższe kryteria.

Reklamy

Wydanie specjalne: Katalonia rzuca rękawicę Madrytowi – polityczne Gran Derbi Europa

Przeważnie mówiąc o sporze Katalonii i Madrytu mamy na myśli wielkie piłkarskie święto i pojedynek FC Barcelony (zwanej również Dumą Katalonii) i Realu Madryt. Spotkanie to zawsze budzi mnóstwo emocji, elektryzując cały piłkarski świat. Każde spotkanie tych dwóch drużyn to również okazja do manifestacji przez Katalończyków swoich niepodległościowych dążeń.

W ostatnim czasie świat zelektryzował jednak nieco inny pojedynek. Rząd Katalonii (która jest wspólnotą autonomiczną, co oznacza, że de facto jest państwem w państwie) zdecydował o przeprowadzeniu referendum niepodległościowego 1/10/2017. Rząd Carlesa Puigdemonta uchwalił również tak zwany Akt Przejściowy mówiący o tym, że w przypadku opowiedzenia się Katalończyków za niepodległością, ogłoszenie suwerenności będzie mogło nastąpić w ciągu 48 godzin, a Puigdemont zostałby automatycznie prezydentem nowego kraju na prawach republiki. Warto zaznaczyć, że referendum, jak i Akt Przejściowy zostały uznane za nielegalne przez Hiszpański Trybunał Konstytucyjny.

Działania rządu w Madrycie, któremu przewodzi Mariano Rajoy skupiły się przede wszystkim na zapobieżeniu przeprowadzenia referendum. Działania takie jak podporządkowanie katalońskiej policji zwierzchnikowi z Madrytu, czy akcja konfiskaty kart do głosowania i urn, miały na celu uniemożliwienie oddania głosu.

Referendum jednak się odbyło. W obawie przed zamknięciem lokali wyborczych ludzie okupowali. Policja, mająca rozkaz zamknięcia placówek użyła siły (w tym gumowych kul i pałek). W starciach ze służbami mundurowymi rannych zostało 844 osób, w tym 2 ciężko. W referendum, w którym udział wzięło 2,26 miliona osób (42,3% uprawnionych – wyniki nie uwzględniają skonfiskowanych kart i urn) aż 90% głosujących opowiedziało się za secesją, 8% było przeciw. Aby zaznaczyć wyjątkowość sytuacji FC Barcelona rozegrała wczorajszy mecz z UD Las Palmas przy pustych trybunach.

Co wyniki referendum oznaczają dla Hiszpanii? Okazuje się, że kryzys ten może mieć poważne reperkusje. Jak donosi CNN, Katalonia odpowiedzialna jest za około 25% eksportu Hiszpanii, 21% wpływów z podatków, a jeśli chodzi o wkład w produkt krajowy brutto – niecałe 20%. Oznacza to, że region zajmujący 6,34% powierzchni i skupiający 16% populacji jest odpowiedzialny za jedną piątą gospodarki Hiszpanii – będącej czwartą siłą strefy Euro. Organizacje proniepodległościowe, jak na przykład Omnium Cultural, wezwały również do przeprowadzenia we wtorek, 3/10, strajku generalnego.

Obie strony sporu nie są zgodne co do znaczenia referendum. Puigdemont ogłosił, że wyniki referendum dają mandat społeczny do przeprowadzenia secesji, podczas gdy Rajoy ogłosił, że referendum nie miało żadnej mocy prawnej z uwagi na fakt jego niezgodności z hiszpańską konstytucją.

Co ciekawe, obecny kryzys nie jest pierwszym przypadkiem, w którym Katalończycy zaznaczają swoją odrębność. Już w X wieku, po uniezależnieniu się Katalonii od monarchii frankońskich Katalonia stała się niezależnym państwem. Pierwsze antyhiszpańskie powstanie wybuchło w 1640 roku i od tamtej pory co kilkadziesiąt lat Katalonia próbuje stać się niepodległym państwem.

Na sytuację tę od razu zareagowali inwestorzy – IBEX 35, indeks skupiający 35 największych spółek z Bolsa De Madrid, stracił na otwarciu 1,29%. Reakcja rynków nie jest tak silna, jak mogłoby się spodziewać, ponieważ o godzinie 10:00 indeks ten tracił już „tylko” 0,77%, kontynuując rajd w dół do poziomu 0,84% już o 10:15. Warto jednak przyglądać się sytuacji, ponieważ najbliższe 48 godzin może diametralnie zmienić oblicze Hiszpanii.

02.10.png

Źródło: Bankier.pl

Sumka jest okrągła, a strategie są dwie

24.07t.png

 

Podejmując decyzję o inwestowaniu swoich środków większość z nas decyduje się na bezpieczne instrumenty, takie jak lokaty czy obligacje. Wynika to z tego, że wiemy, że pieniądze nie rosną na drzewach i jak wiele wysiłku wymaga zgromadzenie kapitału. Stąd nasza awersja do ryzyka, czyli unikanie ryzyka w inwestycjach.

Takie nastawienie, połączone z cierpliwością, zaowocować może stabilnymi zyskami, oczywiście jeżeli zdecydujemy się na odpowiedni, dopasowany do swoich preferencji instrument. Aby lepiej zrozumieć zależności pomiędzy czasem, na jaki inwestujemy nasze środki, a korzyściami z tego wynikającymi przeanalizujmy kilka podstawowych strategii inwestycyjnych.

Osoby najbardziej skłonne do ryzyka przeważnie decydują się na samodzielne inwestowanie na rynku akcyjnym (w tym na rynku instrumentów pochodnych – czyli takich, których wartość zależy od wartości jednego, lub więcej powiązanych instrumentów), albo inwestują na rynku walutowym FOREX. Strategie najczęściej wykorzystywane na tych rynkach polega albo na daytradingu, czyli kupowaniu i sprzedawaniu instrumentów w trakcie jednej sesji giełdowej (kładąc się spać nie zostawiamy otwartych pozycji), jak i spekulacja. Pozycje otwierane są wtedy na kilka dni, maksymalnie tygodni. Takie podejście, obarczone jest wysokim ryzykiem, jako że zakłada, iż wartość instrumentu, w który inwestujemy odbiega od wartości wewnętrznej (ang.: intrinsic value, wartość uczciwa obliczana na podstawie „fundamentów” czyli na przykład zestawień finansowych czy strategii spółki). Szukamy zatem instrumentów zbyt drogich (i gramy „na spadki”), albo zbyt tanich (grając „na wzrosty”). Po osiągnięciu przez cenę wspomnianej wartości zamykamy pozycję, realizując tym samym zyski – oba podejścia są bardzo ryzykowne, ale potencjalnie mogą przynieść znaczne zyski.

Z punktu widzenia teorii efektywności informacyjnej rynków, wartość wewnętrzna akcji powinna być osiągana niezwłocznie po pojawieniu się jakiejkolwiek nowej informacji, a wszelkie odchylenia powinny być natychmiast wykorzystane korygując cenę akcji do właściwego poziomu. Jednakże zgodnie z teorią behawioralną, inwestorzy nie działają racjonalnie i stąd na rynkach pojawiają się nadreakcje, które wykorzystywane są w spekulacji – są one jednak eliminowane w dłuższym terminie.

Kupowanie akcji z powodu oczekiwanego wzrostu ich cen zakłada, że spółka realizuje projekty, które powiększają wartość przedsiębiorstwa, jednocześnie podnosząc wartość akcji. Takie podejście zakłada horyzont inwestycyjny wynoszący od kilku tygodni do kilku miesięcy, czasem lat. Gdy spółka przestaje się rozwijać, a cena akcji przestaje rosnąć inwestorzy pozbywają się akcji (co zgodnie z prawem popytu i podaży prowadzi do spadku ich cen). Podejście to nie wiąże się z tak wysokim ryzykiem jak spekulacja, ale nadal jest ono znaczne, jako, że oceniając projekt podejmowany przez spółkę konieczne jest przyjęcie szeregu założeń – a spółki niechętnie dzielą się informacjami poufnymi takimi jak szczegóły strategii. Potencjał zysków jest znaczny, ale nie są one stabilne – wahania mogą być równie duże.

Trzecim podejściem do inwestowania jest kupowanie akcji dla ich dywidend (podziału zysków, których przedsiębiorstwo nie skonsumuje inwestując w projekty, które mogłyby przynieść wzrost wartości spółki). Jako że dywidendy wypłacane są najczęściej raz do roku, na kilka tygodni przed ich wypłatą sporządzana jest lista akcjonariuszy, którzy uprawnieni są do ich otrzymania i następnie środki przelewane są akcjonariuszom. Wzrost wartości akcji przy tej strategii ma drugorzędne znaczenie. Strategia ta wymaga znacznego kapitału, przeważnie przynosząc stosunkowo małe zyski, ponieważ dywidendy to zwykle ledwie kilka procent wartości akcji – zatem znaczny wzrost kapitału możliwy jest jedynie w długim terminie. Co więcej, dywidendy wypłacane są na podstawie uchwały Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, co znaczy, że mimo, że spółka płaciła dywidendy przez, powiedzmy, 10 ostatnich lat, nie znaczy to, że w przyszłym roku dywidenda zostanie wypłacona. 

Wszystkie powyższe podejścia zakładają mniej lub bardziej aktywne zarządzanie inwestycją. Oznacza to, że w którymś momencie musimy podjąć decyzję o sprzedaży akcji spółki A, i zakupie spółki B. Co więcej, rozsądek podpowiada, żeby nie trzymać wszystkich jajek w jednym koszyku i inwestować w więcej niż jedną spółkę czy klasę aktywów jednocześnie –ograniczamy tym samym ryzyko związane ze spółką, w którą inwestujemy, sektorem czy krajem, w którym operuje spółka. Część powinniśmy „trzymać w akcjach”, część „w obligacjach”, a część w instrumentach rynku pieniężnego. Taki portfel zapewni nam elastyczność finansową i dywersyfikację ryzyka.

Jednakże w świetle badań naukowych, w długim terminie nawet utrzymując najlepszy miks dostępnych rozwiązań osiągnięcie ponadprzeciętnych zysków (a za zysk „przeciętny” uznaje się procentowy zwrot z indeksu, z którym porównujemy naszą inwestycję) jest prawie niemożliwe. Jak mawiał Kazimierz Górski, wybitny trener piłkarski, czasami się wygrywa, czasami się przegrywa – przekładając to na finanse, czasami osiąga się zyski lepsze niż indeks, czasami gorsze. Zatem w długim okresie nasze zyski netto (bez uwzględnienia kosztów) zaczynają przypominać wyniki osiągane przez indeks.

Dostrzegając tę zależność, połączoną z bardzo wysokimi kosztami zarządzania, twórcy rozwiązań inwestycyjnych stworzyli ETFy, czyli pasywne fundusze inwestycyjne, które swoim składem i zachowaniem przypominają indeks, a są notowane na giełdach. Inwestując w taki fundusz tak naprawdę inwestujemy w dziesiątki, a czasami setki spółek. Dzięki temu maksymalnie ograniczamy ryzyko utrzymując stabilne zyski, wyższe niż na lokatach bankowych, korzystając przy tym z dobrodziejstw dywersyfikacji. Warto jednak pamiętać, że decydując się na inwestowanie należy podjąć świadomą decyzje oceniając swoje preferencje i cele.

Ciekawym narzędziem pozwalającym na zbadanie swoich preferencji i pomagającym optymalnie zbudować swój portfel inwestycyjny jest rozwiązanie przygotowane przez CapitalLab, młody dynamiczny startup z branży finansowej opierający się na nowoczesnych technologiach popartych kompleksowymi badaniami naukowymi. Odpowiadając na kilka anonimowych pytań uzyskujemy spersonalizowaną rekomendację w co i w jakich proporcjach powinniśmy inwestować.

Inwestuj zgodnie ze swoimi potrzebami!

17.07t.png

 

Gdy już podjęliśmy decyzję o chęci budowania kapitału na przyszłość, określiliśmy swój plan i poznaliśmy poziom ryzyka, które możemy zaakceptować czas na wybór instrumentów, które wejdą w skład naszej inwestycji.

Budowanie portfela inwestycyjnego to proces złożony z kilku etapów. Pierwszym jest decyzja dotycząca stylu inwestycji. Do wyboru są dwa – aktywny, gdzie zakładamy, iż będziemy regularnie podejmować decyzję o zmianie składu naszego portfolio porzez kupowanie i sprzedawanie np. Akcji, czy jednostek funduszy inwestycyjnych, oraz pasywny, który zakłada utrzymywanie inwestycji przez długi czas bez dokonywania zmian w jej składzie.

Decydując się na inwestowanie aktywne mamy dwa podejścia – tak zwane „top down” i „bottom up”. W przypadku tego pierwszego podejścia najpierw skupiamy się na analizie ogólnej sytuacji makroekonomicznej, następnie sektorów, które mogą przynieść najwyższy zysk, potem, w ramach sektorów, szukamy akcji spółek, które dają najlepsze perspektywy. Podejście „bottom up” natomiast skupia się najpierw na analizie konkretnej spółki, aby potem w jej wycenie uwzględnić ogólną sytuację sektora i całej gospodarki. Jak widać, są to dwa niejako odwrotne podejścia, a każde ma swoich zwolenników.

W przypadku inwestowania pasywnego nie decydujemy się na zmianę składu portfela, lecz wybieramy strategię „kup i trzymaj”. Kluczowa tutaj jest konstrukcja portfela zakładająca podążanie za wybranym indeksem. Jak pokazują badania Eugena Famy z 1970 dotyczące efektywności informacyjnej rynku, w długim terminie jest to strategia uzasadniona, ponieważ w długim terminie niwelowane są wszelkie wahania powodujące zyski wyższe niż te osiągane przez rynek.

Zarówno w przypadku inwestowania aktywnego, jak i pasywnego, kluczem do spokojnego snu inwestora jest dywersyfikacja, czyli inwestowanie zgodnie z zasadą „nie wkładaj wszystkich jajek do jednego koszyka”. Już połączenie dwóch akcji, które nie zachowują się dokładnie identycznie, w jedno portfolio przynosi pewne korzyści – co prawda obniża nieco potencjalny zysk (zysk jest średnią ważoną zysków poszczególnych akcji, gdzie wagą jest procentowy udział akcji w naszym portfelu), ale też znacznie obniża się poziom ryzyka. Im więcej zatem instrumentów dodamy do naszego portfela, tym bardziej zbliżymy się do średniej rynkowej – nasz portfel zacznie zachowywać się bardzo podobnie, jak indeks szerokiego rynku (w Polsce jest to WIG), zarówno pod kątem wahań, jak i zwrotu z inwestycji.

Pamiętajmy, żeby podzielić naszą inwestycję na różne klasy aktywów. Skupiając się tylko na akcjach zamykamy się na dobrodziejstwa płynące na przykład z obligacji skarbowych. Dobrodziejstwa takie to przede wszystkim dalsze ograniczenie ryzyka poprzez uwzględnienie instrumentu, którego zysk nie jest zależny od sytuacji na rynku akcji. Jak widać obligacje poprzez swoją konstrukcję spełniają dwie role: zapewniają z góry znany zysk i obniżają ryzyko. Jeśli chcemy podnieść nieco poziom ryzyka, licząc na wyższy zysk, możemy wybrać obligacje korporacyjne – tutaj spotkamy obligacje bardzo zbliżone parametrami do tych emitowanych przez rząd, ale i takie, które są o wiele bardziej ryzykowne, bo emitowane przez małe spółki, których prospekty na przyszłość są bardziej wątpliwe.

Zatem w jakich proporcjach uwzględnić akcje, w jakich obligacje i które wybrać? Tutaj z pomocą przychodzi stworzony przez Capital Lab Ryzykometr Inwestycyjny – aplikacja, która na podstawie udzielonych odpowiedzi nie tylko mierzy poziom ryzyka, które dany inwestor może zaakceptować, ale też podpowiada najlepsze proporcje dla naszej inwestycji.

Ale co jeśli nie masz czasu, albo obawiasz się, że nie masz jeszcze dostatecznej wiedzy, aby rozpocząć przygodę z inwestowaniem? Nic straconego! Wystarczy, że wybierzesz ETFy – specjalne fundusze inwestycyjne, których założeniem jest kopiowanie zachowania wybranych indeksów. Jak zaznaczyliśmy wyżej badania potwierdzają, że strategia taka przynosi bardzo dobre efekty w długim terminie. Kolejną zaletą jest ogromna dywersyfikacja – indeks WIG to obecnie ponad 400 spółek, amerykański S&P 500 – to ponad sto więcej. W przypadku problemów nawet kilku z nich mamy do czynienia z minimalnymi wahaniami. Dodatkową zaletą są bardzo niskie koszty ETFów – stanowiące często ułamkową część procenta rocznie. Warto zatem rozważyć wybór ETFów szyjąc na miarę swój portfel inwestycyjny.

Bibliografia:

Eugene F. Fama, The Journal of Finance, Vol. 25, No. 2, Papers and Proceedings of the Twenty-Eighth Annual Meeting of the American Finance Association New York, N.Y. December, 28-30, 1969 (May, 1970), pp. 383-417